change blog

Twój nowy blog

Przeszło osiem lat – czyli gdzieś mniej więcej od pierwszego znaku tego bloga – bałem się pomyśleć słowa „Ty” i „ja” zbyt blisko siebie.
Tymczasem w któryś z ostatnich weekendów wieszaliśmy nasze pranie…

Życie bywa niedowiarne.
Cóż… Change has come ;)

Okoliczności
przyrody ostatnimi czasy kierują niestety moje myśli ku tematom
politycznym. No trudno. Ale nurtuje mnie myśl jedna:

Jeśli
Jarosław Kaczyński wystartuje w wyborach prezydenckich i – nie
daj Boże – wygra (pomijając, że okaże się przy tym zimnym i
wyrachowanym kolesiem), to kto będzie wtedy naszą Pierwszą Damą?

Zbyszek
Ziobro?

Macie
jakieś inne typy?


 

Wszystko
już rozumiem. W sensie rozumiem, dlaczego uparli się na ten Wawel.

Odkryliśmy
z Marcelim
argument ekonomiczny tego przedsięwzięcia (wszak wiadomo, że
Krakusy to „centusie” i jak się zarabia to oni wiedzą,
wystarczy zapytać pierwszego z brzegu taksówkarza ;)

Krakowska
myśl ekonomiczna pozwoliła na przykład Smokowi Wawelskiego zionąć
ogniem za SMS-a. Żadne tam przypadkowe zionięcie, bezimienne i
zupełnie zmarnowane, kiedy akurat nie ma publiczności. Wystarczy
wysłaś SMS-a do Smoka, a ten jak na zawołanie wykona dla Ciebie
dedykowane, imienne beknięcie ogniem.

Ja
podejrzewam, że tym tropem pójdą na Wawelu o krok dalej. Każdy
będzie mógł zejść do krypty w wawelskich podziemiach i za
jednego SMS-a usłyszeć i wspomnieć głos Naszego Prezydenta.
Wystarczy, że staniesz przed sarkofagiem, wystukasz na klawiaturze
krótką komendę i wyślesz pod podany numer (koszt SMS-a 3 zł /
3,66 z VAT, regulamin dostępny u kustosza).

A
wtedy, w odpowiedzi na Twoje szczere pragnienie obcowania z jednym z
Wielkich Polaków, rozlegnie się w krypcie donośny głos:

SPIEPRZAJ
DZIADU!

Przyznaję:
od blisko piętnastu lat przechodziłem obok Pałacu Prezydenckiego
zupełnie obojętnie. Nie czułem dumy z powodu jego lokatorów. Dziś
właściwie też nie czuję dumy, tylko wstyd.

Wszystko,
co się od wczoraj wydarzyło uświadamia mi jak płytka jest cała
nasza polityka. Widzimy właściwie tylko postać, która wypowiada
mniej lub bardziej okrągłe zdania. Kiedy się nam podobają –
klaszczemy, kiedy się nie zgadzamy – potrafimy opluć. Ale o tym,
że ta sama postać to w gruncie rzeczy fajny, ciepły i przyjazny
facet, dowiadujemy się zazwyczaj po śmierci. Właśnie dlatego
czuję wstyd. Za nas wszystkich.

Od
zawsze byłem zwolennikiem głosowania na ludzi, nie na partie. Na
charaktery i myśli, a nie na programy. Właśnie się przekonałem
jak to istotne.

Właśnie się zorientowałem, że nie napisałem nic od kwietnia, więc zasadniczo powinno mi się nazbierać parę tematów.

I zapewne mi się nazbierało. Tyle tylko, że o większości niestety zapomniałem. Zarobiony jestem i tak dalej, co już w sumie wiadomo.

Z tego, co pamiętam, to miałem się trochę powywnętrzać na temat tego, że dość mocno zredykalizowałem ostatnio swoje poglądy na  temat naszych rodzimych kierowców. Z grubsza chodziło mi o to, że chyba jednak wolałbym, źeby posiadanie prawa jazdy było rzeczywiście prawem do kierowania pojazdem, a nie obowiązkiem posiadania takich uprawnień. Mam nieodparte wraźenie, że niestety większość narodu traktuje tę sprawę jako punkt honoru i choćby mieli zdawać po trzydzieści razy, to w końcu upragniony papier dostaną, bo takie jest społeczne oczekiwanie i tyle. Efekty niestety widzimy na drogach.
Miałem też na tę okoliczność dość mocno rozbudowaną argumentację, ale tę teź zapomniałem. Z grubsza rzecz biorąc chodziło mi o to, że jak mi dać fortepian i nuty, to się w końcu nauczę grać, ale to nie oznacza, że będę pianistą. Tu jest podobnie: to, że ktoś w końcu zdał egzamin jeszcze nie powoduje, że moźe się nazywać kierowcą.
Zresztą nieważne, przecież i tak nie pamiętam o co mi chodziło…

Być może chciałem się poużalać, że pojechałem dziś do sklepu, zanabyć cokolwiek, czym mógłbym zwalczyć komary, szturmujące mi chałupę, ale wróciłem z wielkim niczym. Widać komar stał się dobrem powszechnym i zwalczenie zarazy będzie tak trudne, jak wygnanie kupców z KDT.

A’propos: wielkie dzięki dla Zibry za jej dzisiejszy opis na gg: „nie płakałam po KDT“. Ja też nie. I wielkie dzięki dla Hanki, która okazała się mieć jaja i bolesny problem boleśnie, ale jednak rozwiązała. Zaczynało mnie doprowadzać do szewskiej pasji każdorazowe uleganie przez kolejne ekipy, bo przecież nie można robić krzywdy wyborcom. Owszem, nie można. Trzeba! O ile oczywiście „wyborcy“ łamią prawo, albo wydaje im się, że stoją ponad nim.

Zaczynam politykować, a to najlepszy dowód, że czas kończyć.
Zatem na koniec poużalam się jeszcze, że wyrzuciłem starego PC-ta i zamieniłem go na nieco tylko młodszego iMaca, ale i tak jestem zadowolony. Pomijając fakt, że posiada on ź w miejscu, gdzie normalnie jest ż, co mnie lekko wyprowadza z równowagi.

Ale przecież nie wypada w kryzysie być człowiekiem zanadto zadowolonym z życia. To już niech mi się zamieniają te literki, niech mam za swoje…

- Tato, tato! A mama kupiła solę do wanny! – oznajmiło jedno z moich prywatnych dzieci, a ja zdębiałem. Solę? Do wanny? A to nie jest morska ryba? I co z karpiem? No i w końcu – przecież to kurna nie te święta!? 

- O! Tu kupiła! W Rossmannie! – padła dodatkowa informacja, po której odetchnąłem z ulgą, że „sola“ okazała się tylko solą do kąpieli.

A wszystko dlatego, że przez całe swoje dotychczasowe dzieciństwo Potwory były skazane na prysznic. Wannę widziały wcześniej może u dziadków, ale to było w wakacje, a kto normalny ma czas na kąpiel w wakacje? Tak więc właściwie uroki z posiadania wanny zaczęli odkrywać dopiero po przeprowadzce

Chociaż… tak naprawdę to jeszcze w jej trakcie. Oddaliśmy ich bowiem, na czas rozpakowywania dziesiątek kartonów, do znajomych. Tam towarzystwo oddało się szalonej zabawie wraz z dziećmi przyjaciół, a wieczorem solidarnie wszyscy wylądowali w wannie, skąd po chwili rozległ się wrzask Młodego Potwora.

- Ciociaaaaaa! Na pomooooc! Coś mi się stało ze skórą!! Mam całą pomarszczoną!

Ciocia – kiedy już opanowała pierwszy atak śmiechu – wyciągnęła gościa z wanny i pozwoliła mu dojść do siebie.

I być może nie byłoby komletnie nic interesującego w tej banalnej historyjce, gdyby nie fakt, że od „zmarszczonych“ tematów jakoś trudno nam uciec. Starsze z Potworów jest w tak zwanym wieku komunijnym. Czyli niebawem przed nami białe buciki, sukienka, tiurli-tiurli wszystkich babć i ciotek, jęki, wzdechy, prezenty i fotografie. No i odpowiedni catering oczywiście, bo inaczej impreza nie będzie ważna. Nieważne. Zanim to jednak nastąpi, trzeba zdać egzamin. Dziecię siedzi więc wieczorami i klepie formułki, z których je później odpytujemy w drodze do szkoły.

Osobiście nie rozumiem po co to wszystko, ale ma to jeden pozytyw. Kręcę bekę za każdym razem, gdy moje dziecko uparcie powtarza, że jednym z sakramentów jest „namarszczenie chorych“.

Słusznie. Proponuję ich namarszczać w wannie. I wpuścić tam solę. To sprawdzony sposób.

A w ogóle to mówiłem już, że na nic nie mam czasu? No. I tak jakoś to idzie…

O! Jakiś zapuszczony blog, podobny do mojego. A może to i mój? W sumie wygląda znajomo…

Spieszę donieść wszystkim przypadkowo tu błądzącym (będę się upierał, że tak), że żyję i mam się nieźle, ale – za przeproszeniem – troszku zapierdalam i nie bardzo wiem jak się nazywam.

Parę miesięcy temu pewien miły, opalony dżentelmen oznajmił, że „Change has come to America“, ale uprzejmie informuję, że to niestety nieprawda. Ciągle siedzę po tej stronie wielkiej wody, choć już po drugiej stronie mniejszej wody. Gdyby brzmiało to zbyt skomplikowanie, to wyjaśniam, że po niezbędnej masie komplikacji udało mi się w końcu wyemigrować na zachód… Wisły. W końcu odebraliśmy nasze wyczekiwane mieszkanie i robimy za pustelników – na całym osiedlu jesteśmy na razie tylko my i Biedronka (jakie szczęście, że jest tak blisko ;)

Muszę jednak uczciwie przyznać, że jak zwykle miałem farta. Bez specjalnych ceregieli znaleźliśmy kupca na stare mieszkanie. Co więcej, kupiec zapłacił nam całą należną kapuchę w grudniu, godząc się jednocześnie na opuszczenie przez nas lokum dopiero na koniec lutego. Mogliśmy więc bez problemu zlecić jednoczesne roboty na wszystkich możliwych frontach, dzięki czemu przejście ze stanu tzw. developerskiego do stanu spoczynku na własnej kanapie w nowym mieszkaniu zajęło nam niewiele ponad cztery tygodnie.

Dobra. Będzie tej prywaty. Na chwile oderwałem się od roboty, w której – jak wszędzie dookoła – króluje na miliard sposobów wymieniany gość o nazwisku Kryzys. Na brak chętnych do współpracy nie mogę narzekać, gorzej z tymi, którzy mieli finalnie kupować moje usługi. Ci bezradnie rozkładają ręce i zwalają wszystko na Kryzysa, obiecując, że jak się chłopak znudzi i sobie pójdzie, to znów będzie lepiej. Tyle tylko, że bez efektów w postaci kupujących wcale nie jestem pewien, czy ci chętni dziś do współpracy wytrwają w tych chęciach.

I tak się to wszystko w kółko kręci. Nuda w sumie. A co u Was?

 Sytuacja polskiej piłki nożnej jest bardzo dobra. Co prawda sama gra w piłkę nam nie wychodzi, robimy jednak co możemy i będziemy dalej szli z postępem…

 

Pomyślałem sobie, że powyższa parafraza fragmentu jednego z dawnych felietonów Mistrza Głowackiego powinna wystarczyć za komentarz do tego wszystkiego, co ostatnio obserwujemy. Żyjąc w nadziei, że Mistrz się nie pogniewa za niecne zapożyczenie, czekam na ów postęp. 

 

Tyle w temacie spraw bieżących. Poza tym mam same zaległości.

 

Po pierwsze, powinienem odszczekać wszystko, co w poprzedniej notce napisałem o moich potencjalnych wspólnikach. Hau, hau. Telefon zadzwonił jakiś kwadrans po opublikowaniu poprzedniej notki i od tego momentu sprawy nabrały gwałtownego przyśpieszenia. Swoją drogą, choć na ogół nie znoszę marudzenia, muszę przyznać, że to działa. Jak sobie człowiek trochę ponarzeka, od razu sprawy przybierają inny obrót ;)

Teraz nie mam czasu nawet narzekać. Nie mówiąc już o tym, że lekko wypadam z obiegu wydarzeń dnia powszedniego. A tu życie potrafi zaskakiwać.

 

Na przykład zaskoczył mnie taki poseł Giżyński, który w ramach protestu przerwał bojkot TVN-u. Aż się dziwię, że nikt nie pochylił się mocniej nad tym tematem, bo to istny młyn na wodę na przykład związków zawodowych wszelakich. Oczyma wyobraźni widzę już spektakularną głodówkę w jakiejś jak zwykle słusznej sprawie i grupkę protestujących, którzy nagle oznajmiają: „w proteście przeciwko ignorowaniu naszych postulatów, które są przyczyną naszej głodówki, przerywamy protest i idziemy zaprotestować do pobliskiej restauracji”. I tak dalej, w nieskończoność. 

Pomysłowość chłopaków z PiS i ich kreatywność w wynajdywaniu usprawiedliwień i uzasadnień dla wszelkich idiotyzmów są dla mnie źródłem niegasnącego podziwu. Czekam z niecierpliwością na ich występy przed prokuratorem, bo będzie to prawdziwy popis ekwilibrystyki logicznej. 

 

Lekcje logiki przydałyby się też sporej części użytkowników „naszej klasy”. Myślałem, że niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć, aż tu nagle u części znajomych (niestety) ujrzałem obrazki z protestem przeciw opłatom za jakąś funkcjonalność. Przyznam, że członki mię opadły. Trzeba sobie było własny serwis założyć, a nie kwękać, że ktoś robi biznes i próbuje zarabiać. Protesty przeciwko płatności za jakieś usługi są cokolwiek groteskowe. Jakoś nie widziałem, by ktoś się oflagował na poczcie, bo się mu nie spodobał pomysł płacenia za znaczki. A jeśli ktokolwiek myślał, że „nasza klasa” zostanie naszym dziedzictwem narodowym i z tej okazji jej właściciele zrzekną się prawa do zarabiania kasy, powinien wziąć sporą dawkę soli trzeźwiących. Halo! Tu rzeczywistość, a serwis jest komercyjny, co oznacza ni mniej ni więcej, jak tylko tyle, że z założenia powstał, żeby na nim zarabiać.

 

Ale jak się okazuje, nie po raz pierwszy zresztą, prawdą jest przysłowie, że jak komuś dać palec, weźmie całą rękę. Martwi mnie to o tyle, że właśnie uruchomiłem własny biznes. I trochę mnie przeraża świadomość, że może trafić się klient, który zbojkotuje prosty w sumie pomysł płacenia mi za moje usługi. Niby nie powinienem się martwić, ale cóż… w końcu Polak potrafi, więc kto wie….


i tak o…

3 komentarzy

Właściwie to
powinienem się przyznać, że mam gigantycznego lenia i nic mi się nie chce. Zwłaszcza
pisać. Może też nie mam o czym.

O, byłem z
rodziną na wakacjach, należało im się. Ale nie chce mi się o tym pisać.
Chorwacja się nie zmieniła jakoś specjalnie przez ostatnie sześć lat, jak tam
byłem poprzednio. Chyba podwoili ilość autostrad, co ich w sposób szczególny
odróżnia od nas, ale trzeba obiektywnie powiedzieć, że mają dużo łatwiej, niż
my. Zwłaszcza czym dalej na południe. Po prostu biorą dłuto i dłubią w skale, a
co wydłubią, to udeptują i zalewają asfaltem. I mają autostradę. I nawet się
nie muszą przejmować przejściami dla żab, bo jeszcze się nie znalazła chyba
taka żaba, która by wymyśliła sobie życie na tych kamieniach.

Mówi się
też, że Chorwacja to kraj dla emerytów (zwłaszcza mój szwagier przyklaskuje tej
opinii), ale mnie to wali. W sumie mógłbym tam żyć. Mają tam ryby, owoce morza,
melony, wino, góry i morze. Jak dla mnie w zupełności wystarczy. Jak będę duży
i bogaty, to sobie kupię spory jacht i zacumuję go gdzieś w okolicach Splitu
lub Trogiru. No.

I to by było
na tyle z planów na przyszłość.

Te, które
miałem przed wyjazdem poszły się pierdolić. Okazuje się, że jak dotychczas
mogłem uważać się za życiowego farciarza, tak chyba mnie teraz owo szczęście
opuściło. W czerwcu nawiązałem kontakt z kolesiem, który przedstawił mi całkiem
sensowną propozycję współpracy. Na tyle sensowną, że odpuściłem sobie
propozycje odwalania pańszczyzny w spółce Skarbu Państwa (czego tak naprawdę
nie żałuję) i założyłem własną działalność. Ale rozmowy zaczęły przybierać taki
schemat, że dopóki jakaś decyzja była potencjalnie daleko, wszystko było w
najlepszym porządku. Ale kiedy trzeba się było spotkać, obgadać szczegóły i coś
zadecydować, gości nagle zaczął oblatywać blady strach. Ostatnia metoda, to
kompletny brak kontaktu. Zero odpowiedzi na maila, nieodebrane telefony itd.
Prawdziwi profesjonaliści.

Kij im w
oko. Tak naprawdę to mam żal głównie do siebie samego, bo okazałem się
dziecięco naiwny i straciłem ponad dwa miesiące. Teraz zdaje się, że muszę na
gwałt szukać sobie jakiejś sensownej roboty.

Żeby ten
bilans zysków i strat nie wyszedł całkiem na minus, muszę się przyznać, że
przynajmniej byłem na wakacjach (na co pewnie nie miałbym czasu, gdybym zaczął
coś dłubać wcześniej), uruchomiłem działalność (na co pewnie bym się nie
zdecydował, a co może zrodzić jakieś ciekawe perspektywy na kiedyś) i kupiłem
sobie na tę okoliczność MacBooka. Zajebista zabawka :)

 

 

Zauważyłem (najpierw u siebie, a potem skonfrontowałem to z opiniami znajomych) pewien niepokojący objaw. 

 

Otóż trasa, którą dość często pokonuję, usiana jest fotoradarami jak gęba nastolatka pryszczami. Pomijam fakt, że niektóre z nich są ustawione tam, gdzie nie ma żadnego ograniczenia prędkości, czyli zasadniczo można jechać 100 km/h, a i tak zawsze przede mną znajdzie się mądrala, który zwolni przed taką skrzynką do pięćdziesiątki. Ten sam mądrala pięćset metrów dalej będzie się awanturował, że go przed chwilą wyprzedziliśmy, a teraz zwalniamy w okolice dziewięćdziesiątki, bo kolejne pudło jest ustawione już na obszarze objętym ograniczeniem. (Znajomy policjant potwierdził mi kiedyś, że większość fotoradarów ustawiona jest defaultowo o jakieś 20 km/h więcej, niż wynosi ograniczenie, bo poniżej mandaty są zbyt niskie, żeby opłacało się przechodzić całą foto-biurokrację, a poza tym nikt nie byłby w stanie przerobić takiej ilości zdjęć, która miałaby miejsce, gdyby pstrykać dokładnie wszystkich, którzy choćby o kilometr przekroczą prędkość). 

 

Istotą rzeczy jest jednak co innego. Część tych urządzeń ustawiona jest bezpośrednio przed przejściami dla pieszych. I teraz większość kierowców (w tym czasami również ja) koncentruje się na:

zerkaniu na prędkościomierz, żeby się zmieścić w odpowiednim “limicie”,

wypatrywaniu, czy w tej skrzynce jest rzeczywiście umieszczone urządzenie, które fotografuje,

zerkaniu w lusterko, czy mądrala jadący za nami aby na pewno zauważył, że nieco zwalniamy

i tak dalej…

 

Prawie nikt w tym momencie nie patrzy na przejście i jego okolice. Równie dobrze mogłaby właśnie przechodzić przez nie pielgrzymka pracowników fabryki fosforu, świecąc z oddali zielonkawą łuną, a z pewnością jedynym widocznym śladem ich obecności byłoby porozrzucane wokół obuwie. Na samym przejściu raczej wątpliwe, by ktokolwiek ich zauważył.

 

I to wszystko oczywiście w imię zwiększenia bezpieczeństwa.

 

Zapewne zaraz też znajdzie się ktoś, kto powie, że genialnym pomysłem jest zaopatrzyć się w CB i zawczasu być uzbrojonym w informacje, który fotoradar aktualnie działa. To niestety nie jest takie oczywiste. Znam przypadki, gdzie po otrzymaniu informacji, że np. na 111 kilometrze uprasza się u uśmiech i poprawienie makijażu do zdjęcia, kierowcy zaczynają się nerwowo rozglądać wokół, albo (co częstrze) wnikliwie wpatrywać się w GPS-a, czy oto właśnie znajdują się już na owym sto jedenastym, czy to może chodzi o następną skrzynkę, przy następnym przejściu?

 

 


  • RSS